Ksiądz dowiedział się, że do jego parafii wybiera się biskup z wizytacją. A że biskup zawsze zostaje na kolacji, ksiądz poszedł na targ kupić coś do jedzenia. Przechodząc obok stoiska z rybami, mówi:
- Jaka piękna, duża ryba!
Sprzedawca:
- Pięknego mam dziś skurwiela?
Ksiądz się obruszył:
- Panie, piękna duża ryba, ale żeby przy księdzu używać takich słów? Wstyd!
- Ale proszę księdza! Skurwiel to nazwa tej ryby, tak samo jak płotka, okoń czy pstrąg.
- Aaa, teraz rozumiem. Poproszę tego skurwiela.
Przychodzi ksiądz na parafię i pokazuje rybę siostrze zakonnej. Zakonnica:
- Jaka piękna, duża ryba!
Ksiądz:
- Ładnego skurwiela kupiłem, co?
- Ojej, czemu ksiądz używa takiego słownictwa?
- Niech się siostra nie denerwuje. Skurwiel to nazwa tej ryby, tak samo jak płotka, okoń czy pstrąg.
- Aaa, rozumiem.
Ksiądz polecił zakonnicy, aby przygotowała skurwiela na kolację z biskupem. Po kwadransie zakonnica skrobie rybę w kuchni, a tu wchodzi kucharka.
- Jaka piękna, duża ryba! - mówi kucharka.
Siostra na to:
- Piękny skurwiel, prawda?
- Ale siostra dziś używa słów! - obrusza się kucharka.
Siostra wyjaśnia:
- Skurwiel to nazwa tej ryby, tak samo jak płotka, okoń czy pstrąg.
Siostra dokończyła skrobać rybę i poprosiła aby kucharka przygotowała ją na kolację z biskupem. Wieczorem przyjechał biskup. Usiadł przy stole z księdzem i zakonnicą, rozmawiają, a po chwili kucharka wnosi na stół główne danie kolacji - rybę. Ksiądz biskup:
- Jaka piękna, duża ryba!
Proboszcz:
- Ja tego skurwiela kupiłem!
Zakonnica:
- Ja tego skurwiela skrobałam!
Kucharka:
- A ja tego skurwiela usmażyłam!
Ksiądz biskup uśmiechnął się, wyjął z torby litr wódki i mówi:
- K...a, widzę, że tu sami swoi!