Rok 1410, przeddzień bitwy pod Grunwaldem. Obóz Polaków. Wszyscy łażą skołowani, łby po wódzie napieprzają, pod każdym drzewem hafty, wokół mnóstwo pobitych butelek. Jagiełło leży w namiocie - pierwszy wypadł z balangi, bo ma słaby łeb. Obóz Krzyżaków - jeszcze gorzej. Zaczęli już od rana, wszyscy nawaleni jak nigdy w życiu, nawet konie się narąbały winem. Nazajutrz mistrz Ulrich budzi się, łeb mu napieprza, chwyta się za głowę i woła giermka:
- Pójdziesz do Jagiełły, tam za ten pagórek. Dasz mu te dwa miecze i powiesz mu, że my wczoraj z chłopakami pochlali, mnie łeb ostro napieprza i w ogóle dzisiaj nie da rady! Powiedz mu, że może jutro się będziemy naparzać pod Grunwaldem.
Giermek wziął miecze pod pachę i skacowany idzie wężykiem do Jagiełły. Trochę się potyka, bo dopiero se klina wypił jeszcze go trzyma. Po paru minutach przychodzi do Jagiełły i mówi:
- Panie król, ja tam nie wiem, ale szef mnie tutaj przysłał i kazał dać te dwa miecze - wbił zamaszyście w glebę miecze, mówiąc dalej - i kazał powiedzieć że u nas wczoraj była impreza i dzisiaj nie da rady, może jutro.
- Nie ma problemu, stary - mówi Jagiełło. - My z chłopakami też nieźle wczoraj zabalowaliśmy, naprawdę nie ma sprawy. Ale materaca gościu, to mi nie musiałeś przebić!